Czy karma wraca?

Nie wiem. Jeśli tak, to mam delikatnie mówiąc przewalone. Na całej linii. Dlaczego? Już wyjaśniam, byłem łobuzem. Potrafiłem zaleźć za skórę rodzicom i nie tylko, mama deptała ścieżki do szkoły, oj nie miała lekkiego życia ze swoim pierworodnym…

Gdy byłem mały, w modzie były imprezy rodzinne. Konkretne. Na głupie imieniny jakiejś cioci czy wujka zbierało się dobre 30 osób. A jak zjazd rodzinny to i dzieci. Całe chmary. Każdy odstawiony jak szczur na otwarcie kanału. Ja też. Z tą różnicą, że wszystkie dzieci wyglądały tak samo po skończonej imprezie. Ja jak się bawiłem, to na całego. Nie było szans, żebym nie wrócił zziajany jak koń po westernie, z zielonymi kolanami od trawy. Czasem czerwonymi, bo w wieku 5-8 lat dzwon to chleb powszedni. Podczas jednej z takich imprez, tym razem nie u nas, a na wyjeździe, gdy już się solidnie rozkręciłem, zostałem przechwycony przez ciocię. Starsza elegancka pani zapytała mnie, czy w domu też tak mamusi rozrabiam. Wiele się nie namyślając wypaliłem, że ja TYLKO dla mamusi jestem grzeczny. Tego się trzymałem całe życie. Mogłem naprawdę narobić kaszanki wszędzie dookoła, ale mamie raczej nie podskakiwałem. W końcu słuchała za mnie od wszystkich dookoła.

Mam siostrę, jest ode mnie rok młodsza. Gdy byliśmy mali, mama bardzo się przyjaźniła z jedną ciocią. Nie byliśmy spokrewnieni, ale przyjaźń była na tyle zażyła, że ciocia jest moją matką chrzestną. Często się zdarzało, że nocowała u nas. Któregoś pięknego poranka wparowaliśmy z siostrą do kuchni i zaczęliśmy urzędować. Mąka, cukier przyprawy, wszystko wylądowało na podłodze. Dopełnieniem całej sterty produktów sypkich, było pewnie ze 20 dużych świeżych jaj wbitych w nasze ciasto. Mam bardzo twardy sen, mam to po mamie. Raczej nie robiliśmy wiele hałasu, ale wystarczyło, żeby ciocia się obudziła. Weszła do kuchni, tak naprawdę nie zdążyła, wejść, bo jajka rozbiliśmy w samym wejściu. Orła, jakiego ludzie wywijają na skórce od banana nie da się nawet porównać do tego, jak ciocia poleciała na tych jajkach. Myśleliśmy, że nas pozabija. Grunt, że to nie mama…

Miałem może 5 czy 6 lat gdy dostałem pistolet na strzałki. Od jakiegoś wujka, nie bardzo pamiętam od którego. W każdym razie w tamtych czasach to był bajer. Jak się taką strzałkę dobrze pośliniło, leciała przez cały pokój i przyklejała się do drzwi od łazienki. Moje umiejętności snajperskie potrzebowały jednak zwieńczenia. Był nim strzał z jakichś 20 centymetrów. Centralnie w oko mamy. Traf chciał, że była wtedy u nas ta sama ciocia i znowu dostałem wciry. A mama przez kilka dni nie mogła otworzyć oka. Nie wiem co się stało z pistoletem, ale to był chyba ostatni strzał.

Zawsze dobrze się uczyłem. To znaczy nazwanie tego nauką byłoby zbyt daleko posuniętym uproszczeniem. Po prostu zawsze dużo czytałem. Od małego. Gdy dużo czytasz, zawsze coś zostaje. Tak naprawdę nie musiałem się uczyć, bo to, co musi wiedzieć dzieciak w podstawówce, wiedziałem dzięki własnej chęci czytania różnych popularnonaukowych książek dla dzieci. To mi dawało pewien atut w szkole. Mogłem odwalać na potęgę. I nie odrabiać prac domowych, zaniedbywać zeszyty i mieć wszystko gdzieś. Dlaczego? Po pierwsze miałem ważniejsze rzeczy do roboty, choćby strzelanie z gumki, różnych lufek i innych takich. Po drugie, co mi mogli zrobić? Zawołać do odpowiedzi? Zrobić kartkówkę? Wolne żarty, dzięki temu tylko wyciągali moją średnią ocen z każdego przedmiotu, która cierpiała na braku prac domowych itd. Nie bardzo mogli mnie zagiąć w ramach obowiązującego programu nauki, więc byłem praktycznie bezkarny. Oceny i tak zawsze sobie wywalczyłem całkiem przyzwoite. Taka luka w systemie. To wszystko nie zmienia faktu, że mama na każdej wywiadówce siedziała najdłużej. W jednej ławce z mamą mojego kolegi z ławki. Tak, miałem wspólnika. We dwóch trzęśliśmy całym tym bałaganem. A nasze mamy we dwie potem słuchały. Kiedy koledzy zdążyli już zebrać łomot po wywiadówce, dostać szlabany i inne kary, ja dopiero smarowałem tyłek cebulą i patrzyłem przez okna czy mama wraca. Chyba nigdy nie wróciła w normalnym czasie… Do nauki nigdy nie miała zastrzeżeń, chociaż stać mnie było na o wiele więcej, ale wiadomo, piątka ze sprawdzianu, pała za zeszyt. Osobistą tragedią była dla mnie chyba czwórka na koniec roku z techniki na koniec podstawówki. Do tej pory pamiętam jak się bałem. Od góry do dołu piątki, czasem 6, a tu taki babol. Na szczęście spotkałem się ze zrozumieniem, że uczy mnie paskudny babsztyl, wredny, a do tego ogromna część oceny to jakieś wyszywanie, dzierganie i inne babskie zajęcia… Nie pozdrawiam.

Gdy miałem 15 lat, nauczyciele wymyślili chytry plan. Dyrektor szkoły wyszedł z propozycją do mnie, czy chcę zmienić klasę. oczywiście jeśli zgodzę się ja i moja mama. Oficjalnie chodziło o to, że dobrze się uczę, ale zaniedbuję swoje obowiązki, bo w swojej klasie nie mam konkurencji. Tak naprawdę chodziło o rozdzielenie mnie z moim kumplem. Myśleli, że jak mnie przerzucą do klasy prymusków, będę się uczył, będę grzeczny, może jeszcze harcerzem zostanę? Zgodziłem się, co mi tam. Jaki był skutek? Wśród prymusków jest duża szansa na spotkanie ludzi inteligentnych i zbuntowanych. W końcu mieliśmy po 15 lat. Zamiast jednego sojusznika w walce z nauczycielami i szkołą, było nas 10. Chłopaki trzymali wysoką średnią, co nie zmienia faktu, że fajnie nam się razem rozrabiało. Uwagi w dzienniku, że wyję do wazonu czy wyrzuciłem choinkę przez okno to nie było nic nadzwyczajnego. Robiliśmy też coś, co nazywaliśmy „Meksyk”. Ochotnik, w imię słusznej sprawy, poświęcał część padliny, którą miał w kanapkach. Brało się taki plasterek i przyklejało do niewidocznej części globusa w klasie geograficznej. Stał sobie wielki, w kącie na szafie i nikomu nie przeszkadzał. Uwagi też zbytnio nie przyciągał, póki się go nie odkręciło miąskiem do klasy… Tak oto cały nauczycielski misterny plan poszedł w…

Wyobraźcie sobie teraz, że mam syna. To znaczy tego nie musicie, bo go po prostu mam. Wyobraźcie sobie, że on za kilka lat pójdzie do szkoły. Mama wiele razy się odgrażała, że zobaczę jak to jest jak sam się dorobię dzieci. No to się dorobiłem i zaczynam deczko trząść portami…

Dzieciaki

Co zadziałało

Wiele akcesoriów, gadżetów i innych rzeczy mających ułatwić życie kupujemy w ciemno, zwłaszcza przy pierwszym dziecku. Potem człowiek jest mądrzejszy i lepiej wie, czego potrzebuje. O niewypałach już pisałem, pora na strzały w dziesiątkę.

Po pierwsze primo, składana wanienka. Odkąd Carlos jest w stanie samodzielnie siedzieć, leży w kącie, ale zdążyła się przysłużyć, głównie feng shui w mieszkaniu. Wanienka jak wanienka, kawał plastiku, do którego nalewamy wodę, pierzemy szkraba, wylewamy wodę. Tyle. Najlepsze jest w niej jednak to, że można ją sprasować i wcisnąć gdzieś pod łóżko. Jeden klamot zagracający mieszkanie mniej, a to bardzo ważne przy ograniczonej przestrzeni. W razie wyjazdu też ratuje życie, przestrzeń w bagażniku też jest ograniczona i raczej trudno ją rozciągnąć.

Kolejny gadżet to nosidełko. Tak naprawdę dwa. Jedno na stelażu, duże i solidne na wyprawy. Dziecko nie chodzi, a górskie szlaki to raczej mało przyjazny teren dla wózka. Bierzemy dziecko na plecy i problem z głowy. Chyba, że ktoś chce utknąć gdzieś z wózkiem, ale ja raczej nie należę do tych, którzy wbijają się na Świnicę w japonkach. Bardzo przydatna rzecz. Drugie nosidełko wygląda bardziej cywilnie, zwykły kawał szmaty z paskami do przytwierdzenia osobie robiącej w danym momencie za tragarza. Dziecko jest blisko, trzymanie pewne, może nawet się przespać. Często wygodniejsze niż wózek, bardziej odporne na ścisk w komunikacji miejskiej i łatwiej kontrolować co się dzieje z dzieckiem.

Pora na moje oczko w głowie, creme de la creme wśród gadżetów, czyli hamak. Nic wielkiego, ot kolejny kawał szmaty z przyszytymi paskami i innymi sznurkami. Wiesza się to to na suficie i wszystko. Kolejna zabawka, która pozwala zaoszczędzić nieco miejsca w domu. Nie potrzebujemy kołyski jeśli potomstwo należy do tych lubiących bujanie do poduchy. Nie musimy kombinować z zarzucaniem kopyta na wózek i bujanie. Hamak wisiał blisko mojego kompa, więc gdy Carlos zaczynał się wiercić, wystarczyło wyciągnąć rękę, popchnąć i spokój. Zdania oczywiście na początku były podzielone, zwłaszcza, gdy junior był jeszcze bardzo mały, ale hamak się sprawdził, kropka.

Krzesełko do jedzenia. Cóż, małe to nie jest, na początku nie bardzo mi się to podobało, ale gdy młody zaczął konsumować coś więcej niż mleko mamy, okazało się bardzo przydatne. Jest siedzisko, kawałek niby stołu, wsadzamy młodzież do środka i pasiemy. Jest na czym postawić michę, poza tym chyba każde dziecko ma kupę radochy z wkładania rączek do rzeczonej michy i rozmazywania tych wszystkich kaszek, owocków i deserków po swoim niby stole.

Często w różnych sklepach wciskają nam jakieś próbki kosmetyków, oliwek, szamponów i tony innej chemii. Odganiasz się człowieku jak od much. I to jest błąd. Nie pomyślałem, że kupując wielką butlę płynu do mycia czy szamponu mogę sobie strzelić w stopę. A tak naprawdę swojemu dziecku. Dobrze jest nie kupować od razu nie wiadomo jak dużych opakowań, tylko 2-3 małe i każde innej firmy. Z prostego powodu. Mieliśmy wielką butlę czegośtam i użyliśmy tego raz. Carlos dostał paskudnego uczulenia. Natychmiast poszło w kosz i trzeba było na gwałt kupić coś innego. Jak rozdają te całe tałatajstwo na szkole rodzenia, w szpitalu czy na promocji w sklepie, bierzcie wszystko, nigdy nie wiadomo, co Waszemu dziecku podpasuje.

Jeśli mamy do czynienia z dzieckiem, które nieco wykracza poza standardowe ramy wzrostu, wagi i nie bardzo ma ochotę ten stan rzeczy zmienić, warto kupić fotelik samochodowy, który rośnie z dzieckiem. Problem w przypadku Carlosa polegał na tym, że nie potrafił jeszcze siedzieć, gdy zaczynał przekraczać dopuszczalną wagę nosidła, w którym jeździł na początku. Max to 10 czy 12 kilo, a pulpet ledwie zdążył zacząć się przewracać na bok. Przyszedł moment, że można go było wsadzić w fotelik . Konstrukcja przewiduje specjalną dokładkę dla tych jeszcze malutkich dzieci. Wkłada się to ustrojstwo dziecku na klatę i zapina pasy. Stabilizacja jest, wszystko zdaje się być bezpieczne, można jechać. Gdy młodzież wyrośnie, wywalamy nakładkę w kąt i jeździmy dalej. Do 36 kilo. Potem kupujemy dziecku własny samochód, albo oddajemy swój, a sami wybieramy się do salonu, kupujemy jakieś sportowe auto, najlepiej z silnikiem V8, małym bagażnikiem i miejscem tylko dla dwóch osób, żeby nie kusiło ciągać za sobą jakieś dzieci, psy koty i inne darmozjady. Wsiadamy do swojej nowej fury, jak zasłuży to zabieramy swoją kobietę i odjeżdżamy ku zachodzącemu słońcu…

wanna

Co się nie sprawdziło…

Jest ciąża, są zakupy. Nie ma innej rady. Zwłaszcza, że kobiety w ciąży cierpią na tzw. syndrom wicia gniazda. W takiej sytuacji ich mężczyźni cierpią jeszcze bardziej. Poziom bólu jest mniej więcej taki jak bieganie z wywieszonym ozorem po galerii handlowej, bo 30 par butów to zbyt mało i biedactwo nie ma w czym chodzić…

Na dziecko trzeba się przygotować, więc kupujemy mnóstwo różnych rzeczy. W sumie słusznie, w momencie gdy dziecko się już urodziło nie bardzo jest na to czas. A jeśli jakimś cudem chwila się znajdzie, lepiej spożytkować ją na pępkowe, coby pociecha rosła zdrowa i silna. Oczywiście nie da się uniknąć błędów i sporo rzeczy okazało się zupełnie niepotrzebnych, z innych zrezygnowaliśmy zawczasu, po prostu nie chcieliśmy ich kupić. Przez pierwsze pół roku Carlos wisiał tylko i wyłącznie na cycu. I bardzo dobrze. Zdrowo i w ogóle. Wszelkiej maści butelki, wyciory i inne ustrojstwo do karmienia nigdy nie opuściło szuflady. Podobnie było ze smoczkami. Jakoś nie bardzo mieliśmy ochotę ich używać, choć oczywiście kupiliśmy ich tyle, że cały żłobek by obdzielił. Na szczęście udało nam się dać radę bez smoczków.

Pieluszki wielorazowe. Miało być taniej, ekologicznie i w ogóle. Dramat. Prać to tałatajstwo oddzielnie, zapierać, magazynować, kiśnie, wkurza i do tego pachnie przecudnie… Może ktoś sobie daje radę, nie mówię, że to coś złego, w przypadku Carlosa pomysł raczej nie wypalił. Wiem, kiedyś ludzie używali tetrowych i żyli. Jasne. Po pierwsze czasy się zmieniły, po drugie chyba wolałbym się bawić z tetrą. Mniej zabawy niż z tymi gaciami, wkładami i całą resztą. Młode nawali, ściągasz, pierzesz i z głowy, a te śmieszne gatki nijak nie chciały współpracować.

Łóżeczko. No tak, nasza wina. Ponieważ Carlos ciągał cyca, trzeba było wstawać 15 razy w ciągu nocy. Wyjmować, czekasz aż się naciumka, zaśnie, odkładasz. Udręka. Zwłaszcza, że mam ciężki sen. Choćbym nie wiem jak chciał, nie zawsze się budziłem. Cóż, chciał nie chciał, młody wylądował na dwa długie lata w naszym łóżku. Może z jego siostrą pójdzie nam lepiej, łóżeczko czeka…

Czego nie kupiliśmy? Przede wszystkim chodzika. Pamiętam jak moi bracia taranowali wszystko dookoła gdy uczyli się chodzić. Poza tym jest blat, więc można rzucić coś do zabawy lub do jedzenia i jest chwila spokoju. Ja nawet chciałem ogarnąć coś takiego, ale uderzyłem głową w mur tego wszystkiego, co mama Carlosa wyczytała w niezgłębionych dla mnie źródłach. Niezdrowe, generuje wady postawy itd. No dobra, jak tak, to trudno, Carlos jakoś przeżył bez chodzika…

Inna sprawa, to wszelkiej maści ciuchy, szmaty i bety. Ooooo, temat rzeka. Różnych wariantów, wersji, grubości i wzorów jest zatrzęsienie. Po pierwsze odpadły rozmaite śpiworki do spania. Carlos, nieodrodny syn swojego ojca, nie lubi mieć zbyt ciepło. Były o to boje na początku, w końcu stanęło na moim. Lepiej obserwować, czy dziecko, które nie potrafi sklecić zdania na temat głupoty swoich starych, nie zaczyna powoli wyglądać jak kurczak z rożna. Współczuję z całego serca wszystkim napotkanym na ulicy noworodkom i niemowlętom wciśniętym do wózka razem z toną różnej maści szmat. Tragedia. Każdy chyba ma w miarę ciepło w domu, więc nie ogarniam sensu istnienia ubranek grubych jak kufaja. Wystrzegajcie się też różnych polarków i innych takich. Niby cienkie, ale to nic innego jak plastik. Owińcie się solidną warstwą stretchu i połóżcie do łóżka, nakryjcie kołdrą po uszy, śpijcie dobrze. Nie wiem skąd to wszystko się wzięło, tak naprawdę wystarczy ubrać dziecko nieco grubiej niż siebie, gil do nosa nie przymarznie.

Jeśli chodzi o ubranka, jest jeszcze jedna sprawa. Nigdy nie wiecie co się urodzi. To znaczy zakładam, że dziecko, nie surykatka, chodzi o wielkość. Po ostatnim USG lekarze twierdzili, że Carlos będzie ważył max 3 kilogramy. Było prawie 4. Nie ma co szaleć z kupowaniem nie wiadomo jakiej hałdy ubranek, bo część z nich na dzień dobry była za mała.

Chyba wsio, następnym razem napiszemy jakie gadżety okazały się fajne, niezbędne i dały radę :) smoczek

Chucham, dmucham, czyli mam małe dziecko.

Taaa… Chyba każdy, kto miał lub ma małe dziecko to przerabiał. Lub jest w trakcie. Dziecko musi być zadbane, wypieszczone i w ogóle. Ja się już pokajałem, teraz pora na otoczenie czyt. rodzinę. Trudno, najwyżej nie dostanę obiadu, a na wycieraczce też się wyśpię…

Mam młodsze rodzeństwo. Sztuk kilka. Część jest sporo młodsza, więc sporo pamiętam. Tak się złożyło, że moich 2 braci urodziło się jesienią. Są 3 lata różnicy między nimi, ale mój kochany tata dbał o obu synów równie skutecznie. Jak? Już Wam mówię. Walił do pieca węgiel aż w kominie huczało. Na płytkach na podłodze można było jajka smażyć. W końcu zima była, i to zima. Nie taka jak teraz. A w domu trzymiesięczny bobas. No to grzejemy… Ludzie, nie znacie życia jak nie mieszkaliście z moim tatą gdy miał nieograniczony dostęp do węgla…

A spróbowalibyśmy wyjść na zewnątrz pobiegać po zaspach, deszczu, błocie i kałużach. Od razu wąs nastroszony i biegiem się przebierać i w domu siedzieć! No!

Mojego syna też to dotknęło. Nie wiem, czy mi jaj zabrakło, czy byłem za bardzo podekscytowany posiadaniem potomka, a może jakaś demokracja chwilowo panowała u mnie w domu i mnie przegłosowali pod moją nieobecność? Nie wiem. W każdym razie tuż po urodzeniu Carlosa przyjechali dumni dziadkowie, w osobie dziadka i babci. Rodziców mamy Carlosa, świeżo upieczonej i szczęśliwej. Był wrzesień, bardzo ciepły w dodatku, a w domu wszystkie okna zabite dechami jak w Miami przed huraganem. Bo przewieje, bo zimno… Zaduch niesamowity, w powietrzu czułem przypalony obiad sprzed miesiąca. Mało tego, niespełna 60-centymetrowe dziecko miało na sobie tyle szmat, że wyglądało na 3-latka. Owinęli go betami, jakby na Sybir chcieli zesłać. Długo nie trzeba było czekać na efekty, Carlos wyglądał, jakby miał ospę czy inne paskudztwo. Ilość potówek na jego ciele była mniej więcej taka jak ilość pryszczy u przeciętnego nastolatka. Szkoda, żeby musiało dojść aż do tego, żeby mnie posłuchali, ale miałem twarde dowody, że małemu jest za ciepło. Odpuścili nam obu biednym zimnolubnym misiom i dostaliśmy trochę powietrza.

Często słyszę jak ludzie jęczą, że się nie ruszą z domu, bo mają dziecko. A siedźcie sobie. Ja nie muszę. O tym, że Carlos od maleńkości był z samochodem oswajany już pisałem milion razy i jeszcze drugi milion razy napiszę. Miał niecały rok, gdy pojechaliśmy z nim w góry. Nosidło na plecy i poszli. Wiadomo, trasy raczej spacerowe, na Zawrat się z nim nie pchałem, ale zawsze. Niech dziecko pooddycha górskim powietrzem, oswoi się z górami, kiedyś będziemy razem hulać, bo z mamą czy dziadkami to nieszczególnie. Przynajmniej będziemy mieli coś tylko dla siebie. Oczywiście w granicach rozsądku, bo były naciski na wyprawę do Morskiego Oka. Ta, z 10-miesięcznym dzieckiem, które nie chodzi i wisi na cycu w najlepsze. Ale jak przed ciążą w góry się wybraliśmy to dupsko musiałem pod Zawrat wepchnąć rękami, głową, czym się dało, bo ciężko… Za kobietą nie nadążysz.

Kiedyś znałem gościa, sporo starszego ode mnie, który bardzo lubił chodzić na ryby. I wiecie co? Gdy miał małego syna, brał go na plecy i śmigał wzdłuż rzeki, rzucał co tam miał przywiązane do żyłki i jakoś chłopaki dawali radę. To było fajne. Szkoda, że ja nie mam czasu na ryby, ale może w tym roku się uda wyskoczyć raz czy dwa. Z Carlosem oczywiście.

W końcu się zbiorę i napiszę jak to było, gdy zostaliśmy sami w domu. Na trzy tygodnie. To temat na osobną historię, więc wspomnę tylko, że mama Carlosa wylądowała w szpitalu. Wszyscy się trzęśli jak nie wiem co. Jakbyśmy mieli z głodu umrzeć, przykleić się do podłogi i chodzić w obsmarkanych koszulkach. Ale my daliśmy radę. Carlos gotował, ja piłem piwo na kanapie… Nie no, żartuję, tak sobie pewnie to wszyscy wyobrażali, ale chyba nie było tak źle. Nikt się nad nikim nie rozczulał. Młody potrafił zająć się sobą gdy tata musiał coś ogarnąć w chacie, nie miałem czasu, ani nawet siły żeby się trząść nad nim tak, jak zwykle wszyscy się trzęsą i było dobrze. Korona dziecku z głowy nie spadła, wszy nie ma i nie miał, daliśmy radę. Oczywiście z kilkoma rzeczami nie było tak pięknie jakbym chciał. Niestety odwiedziny były możliwe tylko w  czasie, kiedy trzeba młodego odebrać ze żłobka, więc nie obyło się bez pomocy cioci i wujka, za co z tego miejsca serdecznie dziękuję. Meksyk w swojej szafie, jaki mama Carlosa zastała po powrocie do domu też był zacny. Z tego miejsca serdecznie przepraszam. Nie miałem czasu układać tych wszystkich fatałaszków gdy musiałem coś dowieźć do szpitala. Z resztą nawet się nie siliłem na cokolwiek, wiedziałem, że i tak będzie brzydko i wszystko przy pomocy linijki oraz suwmiarki zostanie ułożone jeszcze raz. Nie pomyliłem się…

Jestem w pełni świadomy fali hejtu, jaka może się przetoczyć nad moją biedną kudłatą głową, ale muszę to powiedzieć. Nie ma nic gorszego niż mamusia trzęsąca się nad swoim synusiem. Mnie na szczęście to nie dotknęło. Nie wyrosłem na psitę w rurkach, ba, nawet udało mi się spłodzić potomstwo. Z tego miejsca serdecznie swojej mamusi za to dziękuję. Życzyłbym również sobie, a tym bardziej swojemu synowi, żeby wiedział, co nosi w spodniach, nie trzymał się sukienki mamusi do trzydziestki, był mężczyzną z krwi i kości, nie jakąś zniewieściałą ciapą. Mama Carlosa chyba jest podobnego zdania, stara się nie przesadzać z matczyną troską  i za to również z tego miejsca serdecznie dziękuję…

Carlos góry

Hajs się musi zgadzać cz. 2

Jakiś czas temu pisałem o nieprawdopodobnej ilości kapuchy, z której jesteśmy bezwzględnie łupieni na każdym kroku. Carlos rośnie, czas leci, żółć się zbiera. Wylejmy trochę, może ulży…

Moja szanowna rodzicielka zwykła mawiać: „Małe dzieci, mały kłopot. Duże dzieci, duży kłopot”. Zawsze myślałem, że dla mamusi jestem grzeczny, ale coś w tym pewnie jest. W każdym razie jeśli teraz jest tak pięknie, różowo i wspaniale, to strach się bać co będzie za 15 lat. O ciuchach, wózkach i fotelikach już pisałem nie będę się powtarzał. Poza tym, są to rzeczy, które musimy kupić tak czy inaczej, czasem droższe, czasem tańsze, każdy orze jak może.

Dziś zajmiemy się rąbaniem nas na kasę w sprawach, bez których niby da się żyć, a jednak licznik tak zasuwa, ze oczopląsu można dostać.

Co jakiś czas w mediach wraca jak bumerang kwestia szczepień. Wiadomo, są szczepienia obowiązkowe, ale i takie, które robimy dobrowolnie. Czytaj, za kasę. Gnaj człowieku do lekarza, bierz receptę, ganiaj po aptekach, kup szczepionkę. Grzej z powrotem do lekarza, szczepimy. Nigdy nie byłem pozytywnie nastawiony do lekarzy, medykamentów i lataniem po przychodniach, bo paluszek boli. Człowiekowi rodzi się dziecko, myślenie się zmienia. Ja to ja, jakoś przeżyję, ale chyba każdy chce jak najlepiej dla swojej pociechy. Poza tym mama Carlosa ma nieco inne podejście niż ja i stanęło na tym, że szczepimy Carlosa na wszystko. Przeważył oczywiście argument, że co będzie, jeśli… Trochę słabo mieć wyrzuty sumienia, że dziecko chore, bo stary nie zaszczepił. Moje osobiste zdanie, że może mi dziecko trują zeszło na dalszy plan. Wiadomo, koncerny farmaceutyczne karmią nas reklamami cudownych środków na wszystko. W jednej przerwie reklamowej dowiaduję się, że moja wątroba to ruina, mam niedobory wapnia, witamin, serducho siada, a konar nie płonie. Najlepiej byłoby wsuwać na śniadanie kilo prochów. Wróćmy do szczepień, bo gdy doszliśmy do porozumienia, spadłem z krzesła. ILE??? Ludzie, pełen pakiet szczepień, łącznie ze szczepionką 6 w 1 (chcemy oszczędzić dziecku nieprzyjemności pt. kłucie igłą) kosztuje… Tu fanfary… Niemal 4 tysiące polskich złotych. Mowa o szczepieniach robionych do 18. miesiąca życia dziecka.. To jest dramat. Mój osobisty i ogólnie, dramat i tragedia rozwijającego się kraju gdzie państwowy zakład ubezpieczeń buduje sobie potężne i wypasione gmachy, urzędasy od picia kawy i pierdzenia w fotel miesiąc w miesiąc przytulają konkretne ilości sosu, a ty człowieku płać takie ilości kapuchy, bo przecież kochasz swoje dziecko. Oczywiście jest to pełna opcja, obejmująca wszystkie możliwe szczepienia, ale życie pokazało, że mama Carlosa wylądowała w szpitalu z chorobą, którą pan profesor z 30-letnim stażem widział drugi raz w karierze. Czyli wszystko jest możliwe, teoria, że jakaś choroba jest mało prawdopodobna ostatecznie upadła. O tym napiszę innym razem, wróćmy do lekarzy, bo to jeszcze nie wszystko.

Całkiem niedawno Carlos przechodził bilans dwulatka. Wszystko cacy, ale jest spora szansa na płaskostopie. Lekarz był tak miły, że podał nawet nazwę i adres konkretnego sklepu ze specjalnymi butami dla takich dzieciaków. 300- 400 zł para. Brawo Jasiu. Zaprzyjaźniona powiedzmy terapeutka stwierdziła natomiast, że stópki kształtują się do 6. roku życia i nie ma co przesadzać z biciem piany, takie buty nie muszą wcale czegokolwiek zmienić, można chwilę poczekać i obserwować. Ciekawe ile taki pan doktor dostaje siana za napędzanie kapuchy? Gdy Carlos zbierał się do wejścia do gabinetu, wychodziła z niego mama z identyczną ładną karteczką z nazwą i adresem sklepu. Już przygotowaną zawczasu. W prywatnej przychodni! To jeszcze nie wszystko. Młody chadza do żłobka, jest jakaś grupa dzieci, wiadomo, zawsze ktoś coś ma, dzieciaki wiecznie zagilane, jedno drugie zaraża. Idziemy do lekarza. Pan doktor opukuje, ostukuje i zaleca podać to, czy tamto. Czytaj to, za co moim zdaniem mu płacą, bo zaleca jakiś totalny badziew w ładnym opakowaniu specjalnie dla dzieci. Tak było, kiedy Carlos złapał jakieś uczulenie. Kazali kupić jakiś szajs, który jest reklamowany w telewizji, ładnie wygląda itd. Przeczytajcie skład… Zwykłe wapno pomaga, a kosztuje 10 razy mniej niż to coś, co i tak nie działa… Dramat tragedia i rozbój w biały dzień.

Kolejny ból zębów to żłobek. Nie było opcji, żeby młody dostał się do państwowego. Mamy w kraju wyraźny deficyt żłobków i przedszkoli, prywatne placówki kwitną. Ja tyram, próbuję się mierzyć z własną firmą, w lato pracowałem często w niedzielę. Mało chrześcijańskie, ale takie życie, kościół mi nie dołoży. Carlos skończył rok, mama musi wrócić do pracy. Skoro państwowy żłobek odpadł, pozostaje prywatny. Babcie daleko, poza tym każdy pracuje, masz dziecko masz problem. I tu drugie fanfary… Żłobek kosztuje z wyżywieniem jakieś półtora koła co miesiąc. No pięknie, płacz i płać. Innej rady nie ma. Nie powiem, opiekę ma super, ludzie znają się na tym co robią, jest monitoring, mam pewność, że nie będzie akcji z babsztylem bijącym dzieci, jak nam to czasem pokazuje telewizja. Jedzonko też ok, generalnie wiem za co płacę, ale mama Carlosa wróciła do pracy praktycznie po to, żeby bulić za żłobek, mieć ubezpieczenie i staż pracy.

Na koniec serdecznie pozdrawiam autorów tzw. programu 500+. Dzięki chłopaki. Na Carlosa nie dostałem grosza, bo żona za dużo zarabia (tak sobie policzyli, moje dochody nawet nie były brane pod uwagę). Na drugie dziecko dostanę, ale wiecie co? Mam to głęboko w… Odzierają ludzi podatkami, akcyzą za paliwo, ubezpieczeniem społecznym (!!!), a w zamian przez kilka miesięcy zamydlą mi oczy 500+. Tam na Wiejskiej hajs się dopiero zgadza…

Zima, smog, Carlos chce brum brum.

Zima jest to musi być zimno. A my mamy bunt na pokładzie. Dwulatek też potrafi wyrazić co myśli. A Carlos chce jeździć samochodem. Do żłobka mamy raptem 10 minut woooolnego spaceru a’la kobieta w zaawansowanej ciąży albo właśnie rzeczony dwulatek. Śmiało można się przejść, ale stary młodego rozpuścił jak dziadowski bicz i teraz ma.
W drodze z roboty często odbierałem juniora sam, pakowałem w fotelik i było fajnie, zwłaszcza, że to ten typ, który z samochodu mógłby nie wysiadać. Moja krew…

W telewizji burza, smog to, smog tamto, smog wszędzie, dobra, możemy się przejść. Wchodzimy do żłobka, Carlos leci, mało nóg nie połamie. Mama! Tata! Brum brum!!! Nie ma innej opcji, samochód ma czekać pod bramą, basta.

W sumie trudno się dziwić. Ulubiona rozrywka taty i Carlosa w weekend to od zawsze jazda samochodem. Tankujemy, jedziemy. Gdzie? Nie ważne. Byle się przejechać. Spać w samochodzie też fajnie. Nie to, żebym ja spał za kółkiem, aż tak radosnej twórczości nie uprawiam… Wszystko, co związane z samochodami jest fajne. Lwia część zabawek to właśnie samochody. Młody bez pudła rozpoznaje jakimi samochodami jeździ tata czy dziadek, potrafi powiedzieć jaki to samochód i który czyj.

Mam nadzieję, że dziadek kiedyś wybaczy wnukowi komentarz na temat swoich kół. Jakiś czas temu zapakowali młodego w swoje auto i pojechali spędzać razem czas, nie mają wnuka na co dzień, niech sobie jadą, ja ogarnę chatę w spokoju. Minęło kilka godzin, wrócili. Wyczaiłem ich przez okno, więc wyszedłem na zewnątrz. Krzychu wysiadł, walnął drzwiami, pokazał palcem na dziadkowe felgi, „dziadek, koła fuj!” I poszedł do domu…

Dużo jeździliśmy głównie w lato, teraz ciemno, mokro i zimno. Wycieczki odkładamy do wiosny, na razie tylko zakupy, czasem do żłobka i ze żłobka. Gdy biorę syna na ręce i muszę mu powiedzieć, że samochód został w domu, robi minę jakbym mu ostatnią zabawkę i sens życia odbierał. Jakaś tragedia. Czuję się jak wyrodny ojciec, który własnemu dziecku powietrza odmówił…

Jakoś przetrawił, schodzimy do szatni i się stroimy. Śniegowe buty, drugie grube spodnie, czapka, szalik, rękawiczki, kurtka. Mały bałwan. Zanim Carlos zostanie zapakowany, stary wygląda jakby z sauny wyszedł. Aaale tam jest gorąco. Pocieszające jest to, że w szatni zmagania z tonami ciuchów to nie tylko mój problem. Zawsze jest jakaś gromadka rodziców pakujących swoje pociechy jak na wyprawę co najmniej do Irkucka. Nie jestem sam. Biedzą się ludzie nad tym wszystkim, grzeją, stękają, dziecko gdzieś ucieka, inne marudzi, kolejne chce się jeszcze pobawić. Dom wariatów. Każdy zerka na innych i śmieje się, że buty nie wchodzą, kiedy sam walczy od 5 minut z rękawiczkami. Zima jest, to musi być zimno. A starzy cierpią…

samochód

Carlos w muzeum

Któregoś pięknego ciepłego dnia wyskoczyliśmy sobie z domu. Carlos, jako nieodrodny syn swojego ojca uwielbia jazdę samochodem. Tatuś poza samochodami jest zdrowo zakręcony na punkcie czołgów, wybór miejsca docelowego nie był trudny, zwłaszcza, że mamy blisko. Z reguły staram się nie publikować zdjęć, na których widać młodego, a tym bardziej jego twarz, ale dziś nie będę się rozpisywał i zrobię wyjątek. Baaaardzo rzadko się zdarza, że mama Carlosa lub jego dziadek dostają dyspensę na wrzucenie jakiejś fotki do sieci, mi też niech raz będzie wolno, o!

Carlos i czołg 1 DSC_0059 DSC_0066 DSC_0069 DSC_0063

 

Aaaaa, zapomniałem dodać, że rzeczony przybytek to Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej w Warszawie, przy ul. Powsińskiej. Gorąco polecam, zwłaszcza, że wjazd za darmo :)

Wzorowy ojciec…

Blog z założenia miał służyć jako odskocznia. Od problemów, żony dziecka, w dużej części chodziło też o to, żeby wylać wiadro pomyj na głowę temu czy innemu. W końcu tata-psychopata…

Dziś wyleję wyjątkowo gęsty szlam na swój własny głupi kudłaty łeb. Od czego by tu zacząć? Oj, jest w czym wybierać… Zabawki!

Pamiętam, jak zżymałem się na głupie tipsiary kupujące dzieciakom na drugie urodziny tablety i inne takie. Biję się w piersi, kajam i przyznaję: też bywam wygodnym tatusiem… Co prawda niczego takiego synowi nie kupiłem i prędko nie kupię, co nie zmienia faktu, że Carlos bawi się starym telefonem mamy. Ja w jego wieku ogarniałem najwyżej drewniane klocki, świat poszedł jednak do przodu i młody bez problemu odpala telefon, odblokowuje, stąd już tylko dwa pacnięcia palcem i leci bajka. Stary ma przynajmniej chwilę spokoju, czasem nawet uda się wypić kawę zanim zamarznie. Mało pedagogiczne, wiem. Oczywiście powinienem zwlec 4 litery sprzed kompa, rozstawić drewnianą kolejkę i jeździć aż się kółka wytrą, ale jestem za leniwy… Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczy…

Druga sprawa, słodycze i inne super zdrowe przekąski. A co, jak się kajać, to na całego. Myślicie, że nigdy nie dałem mu czekolady? Pobożne życzenie. Carlos pochłania to ustrojstwo jak kot mleko. Oczywiście nie codziennie i nie dostaje całej tabliczki do ręki, ale jednak. Na początku grudnia młody dostał w żłobku kalendarz adwentowy. Takie płaskie coś z jakąś choinką czy czymś. Wszędzie porozrzucane okienka z datą, a w każdym malutka czekoladka. Wróciliśmy ze żłobka, ja się zająłem młodym, a mama czymś w kuchni. Gdy weszła do pokoju po całych 2 minutach, Carlos zdążył ogarnąć czekoladki na tydzień do przodu… Stukilowy chłop musi śmiesznie wyglądać ze spuszczoną głową, gdy o połowę mniejsza dziewczyna w ciąży jedzie go jak burą sukę…

Generalne założenie jest takie, że unikamy kupowania i konsumowania rzeczy, których nie chcemy dawać Carlosowi. Trochę lipa jak dziecko patrzy na starego zajadającego czekoladę, czy żłopiącego colę. Lepiej sobie odpuścić niż mieć awanturę, że tego nie wolno, a tamto jest be. Tyle teorii. W praktyce zdarza się, że mamy dzień rozpusty i cola jest grana. Nie to, żebym syna tuczył i chciał, żeby wyrósł na wóz z węglem i beczkę cholesterolu, ale bywa różnie…

Wiecie jakie słowo powoduje nocne koszmary u młodego ojca? Konsekwencja…

Jakiś dramat. Z jednej strony nie chcesz być tyranem, nie chcesz, żeby dziecku czegokolwiek brakowało. Starasz się, chłopak rośnie, coraz więcej rozumie, więc próbujesz różne rzeczy tłumaczyć. To nie jest dobre, tak nie wolno, dostałeś kawałek czekolady, odrobinę coli, wystarczy synu. Ta, chciałbym. Są granice nie do przejścia, nawet największa pobłażliwość kiedyś się kończy, ale serce mimo wszystko czasem mięknie. Jakby człowiek nie chciał być twardy, zawsze choć trochę odpuści. Oczywiście gdy Carlos miał epizod z boksowaniem siostry przez brzuch mamy nie było przebacz. Gdy jednak przyjdzie i powie, że chce coś dobrego, dorzuci „proszę”, tata mięknie. Zwłaszcza, gdy mama nie widzi…

Każdy medal ma oczywiście dwie strony. Carlos ma ojca w domu i dobrze o tym wie. Mama może się produkować, Carlos swoje, tata nie słyszy… Do czasu. Oczywiście zdarza się, że muszę wstać i dobitnie wyjaśnić, że coś mi się nie podoba, ale często wystarczy, że na małego terrorystę spojrzę. I jest spokój. Jakoś się utarło, że mama daje jeść, ubiera, przebiera itd. Tata służy głównie do zabawy, kąpania i zaprowadzania dyscypliny… Młody na tyle się wyrobił, że gdy czegoś mu zabraniam, leci na skargę do mamusi i mówi, że tata krzyczy…

Jestem ojcem od nieco ponad dwóch lat, zaraz będzie tego 2 sztuki. Można sobie czytać, słuchać rad jednej czy drugiej mamusi, mieć jakieś wyobrażenia, przemyślenia. Wszystko i tak jest warte tyle co ruski rubel. Nie ma szans na uniknięcie błędów, wpadek itd. Mam tylko nadzieję, że nie rozpuszczam młodego za bardzo i nie wychowam małego potwora. Wiecie co jest najlepsze? Jak pada temat wychowania, rodzona matka wbija mi nóż w plecy i grozi, że mój syn dowie się jaki tatuś był grzeczny… Wierzę na słowo i nie mogę się doczekać…czekolada

Carlos ma swój pokój…

Stała się rzecz z dawna obmyślana, solidnie przetrawiona i przeżuta w wieczornych rozmowach. Carlos wygryzł starego z sypialni. Warunki są, jakie są, z pustego i Salomon…

Była sypialnia, młody miał łóżeczko, w którym nie pamiętam kiedy spał, przy mamusi cieplej i wygodniej. W obliczu nadchodzącego małego kataklizmu pt.” będzie nas więcej”, zapadła decyzja o przemodelowaniu mieszkania. Kolektyw wprowadził standardowy w naszym pięknym kraju model pokój rodziców- pokój dzieci. Wielkie i wygodne małżeńskie wyro zostało grzecznie wyproszone, w to miejsce przywędrowało nowe łóżko Carlosa w pocie czoła skręcone przez niżej podpisanego.

Cała wolna przestrzeń, która zaistniała po wywaleniu naszego łóżka została błyskawicznie zagospodarowana przez Carlosa. Wszelkie samochody, klocki i inne atrybuty dziecięcej władzy nad rodzicami znalazły się w jego nowym pokoju.  I dobrze. Nareszcie trochę luzu u nas. Wybór czy potknąć się o samochód, kolejkę czy wleźć w klocki już mnie trochę męczył. Bałem się, że będzie nam znosił te swoje klamoty, ale jest względny spokój…

Oczywiście za szybko chlapnąłem, że tu będzie JEGO pokój, a młody załapał w mig o co chodzi i zaczął tacie pomagać. Zbierał wykręcane śrubki, czasem wjechał mi samochodem w piszczel albo radośnie właził pod nogi gdy akurat trzymałem coś ciężkiego. Co chwila częstował mnie przy tym swoim nowym tekstem, „tata, damy radę?” Oczywiście synu…

Łóżko skręcone, folie wywalone, jest czysto, wnosimy całą graciarnię. Mój syn chyba postawił sobie za punkt honoru sprawdzenie, ile tego tałatajstwa zmieści się na nowym dywaniku z nadrukowanymi ulicami itd. O ile większe samochody zostawił w spokoju, stały ustawione we względnym porządku, o tyle z resztą już tak miękko nie było. Wszelkiej maści małe samochodziki wysypał na środek patrząc mamie prosto w oczy. Klocki, jakieś karty ze zwierzętami i całą inną drobnicę wywalił na drugą stertę, dla odmiany śmiejąc się w oczy staremu. Mój pokój, ja rządzę…

To jeszcze nie wszystko. Wiecie jaki jest problem z uśpieniem takiego małego terrorysty? To znaczy był. Wcześniej dyskutował ile wlezie, żeby tylko nie zasnąć. Teraz okazuje się, że jest w stanie wytrzymać o wiele dłużej. Nowy pokój, nowe łóżko, jest o czym dyskutować… Carlos zawsze był usypiany przez mamę. Z małym wyjątkiem, ale to temat na oddzielną opowieść. W każdym razie pierwszego wieczoru, kiedy młody miał iść spać w nowym łóżku i miał w nim spać sam, mama wymiękła. Tym razem to stary musiał się pofatygować do synusia i kwitnąć w fotelu, aż łaskawie zasnął…

 

Łóżko

 

Jak Carlos trafił na ten świat…

Proces produkcji dziecka, jak przyjemny by nie był, pozwólcie, że przemilczę, zajmijmy się dniem, w którym Carlos się urodził…

Skurcze. Co kilka minut. Panika. Pakujemy się, jedziemy… Izba przyjęć, na miejscu mają specjalny gabinet, więc od razu badamy. Tata siedzi na korytarzu, toboły pod nogami, czeka. I się nie doczekał. Nauka jaką wyniosłem z całej wycieczki? Dowiedziałem się, że jest coś takiego jak skurcze przepowiadające. Starałem się w miarę możliwości towarzyszyć przyszłej szczęśliwej mamie przy okazji szkoły rodzenia, ale o tym jakoś nie słyszałem. Trudno.

Było późne lato, ale słońce jeszcze grzało ostro, bęben z przodu okrutnie wielki, ciężko, duszno. Podobno Jakiś niezbyt duży wysiłek może przyśpieszyć sprawę. Minęło kilkanaście dni, weekend, ciepło, może samochód byśmy trochę ogarnęli? Wytargaliśmy z domu wszelkie szmatki, płyny i zmywaczki i lecimy z koksem. Wypucowaliśmy całe wnętrze, szyby i co tam się jeszcze nawinęło. Wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad, spędziliśmy miło resztę dnia i wieczór. Myślę, że już wtedy Carlosowa miłość do samochodów dała o sobie znać. Pierwsza noc po ogarnięciu auta i proszę. Koło 4 nad ranem zostałem skopany z wyra. zaczęło się. Pakowanie tobołów do samochodu mieliśmy już przećwiczone, więc poszło sprawnie, jedziemy. W szpitalu znowu izba przyjęć, gabinet, badanie. Zaczęło się!

Skurcze, boli, a ja mogę sobie popatrzeć. Trochę słabo, chętnie bym wziął choć część na siebie, ale staram się wspierać jak mogę. Jesteśmy na porodówce, obok w sali jakaś dziewczyna drze się na cały szpital, mama Carlosa blednie w oczach. Na szczęście w miarę szybko zjawił się anestezjolog, wykopali mnie z sali… Na szczęście nie dreptałem na korytarzu zbyt długo, bo już sobie różne rzeczy myślałem. Poprosili mnie znowu na salę, lekarz był całkiem spoko i naprawdę znał się na swoim fachu, okazało się, że znieczulenie weszło tak dobrze, jak to tylko możliwe.

Tutaj dobra rada dla wszystkich tatusiów, którzy zechcą uczestniczyć w takim wydarzeniu. Wsparcie wsparciem, ale raczej nie próbujcie żartować, żeby rozładować napięcie i uspokoić swą lubą. Ja poczęstowałem żonę tekstem, żeby się nie martwiła, jeszcze dwa dni i z głowy… Nawet sobie nie wyobrażacie jak kobieta w 9 miesiącu ciąży, znieczulona i na leżance może dać człowiekowi popalić. Myślałem, że mi jądra urwie i wepchnie w gardło.

Co jakiś czas przychodziła położna, kontrolowała sytuację, szła dalej. Za którymś razem stwierdziła, że przemy. To znaczy żona prze, ja mogę trzymać za rękę (myślałem, że mi ją z barku wyrwie), podpierać głowę i inne takie. Facet w takiej sytuacji stoi i udaje, że jest potrzebny. Tak mi się przynajmniej wydawało. Podobno cały pic polega na tym, żeby być. Wystarczy. Wierzę na słowo, mi nie będzie dane rodzić, więc na własnej skórze się nie przekonam…

Daruję Wam opowieści o krwi, łzach, pocie i innych flakach, nie o to chodzi, jak ktoś chce, sam zobaczy. Grunt, że od momentu, kiedy się obudziłem, do chwili, gdy Krzychu się urodził minęło jakieś 8, może 9 godzin. Całkiem szybko. I chyba stosunkowo mało boleśnie wnioskując po krzykach w sali obok…

Oczywiście nie ominęło mnie przecięcie pępowiny, dali nożyczki, tnij ojciec! Na szczęście nie zemdlałem, byłby wstyd. Co mi się podobało? Pierwsze co robią z noworodkiem, to kładą mamie na piersi. Niech oboje chwilę ochłoną. Mnie tam babsztyle zaraz zabrały w niewiadomym kierunku. Takie czasy. My mieliśmy te kilka chwil, by przywitać się z synem.

Po jakimś czasie zjawił się neonatolog. Ważenie, mierzenie, oględziny. Wszystko ok. Część personelu zajęła się świeżo upieczoną mamą, ja asystowałem przy młodym. Chwila po porodzie i instynkt już działał pełną parą. Patrzyłem spode łba czy mi czasem dziecka nie chcą zamienić, albo nie upuszczą gdzieś na podłogę. Pan neonatolog okazał się fachurą tego samego kalibru co anestezjolog, wszystko cacy, Carlos ogarnięty, opatrzony i ubrany powędrował do starego, póki mamy nie ogarną. Tyle mojego wkładu, że mogłem go sobie chwilę ponosić. Taaaki duży mówili, sama góra siatki centylowej. Taaa, Weź człowieku takie maleństwo na ręce, strach się ruszyć, żeby nie uszkodzić. Jakoś się udało…

Panowie, od samego początku chciałem być przy porodzie, z trzech powodów. Po pierwsze, jakby ktoś coś odwalił, to zawsze można chwycić za grdykę. Zawsze spokojniej niż kwitnąć na korytarzu i robić kilometry. Po drugie, wsparcie. Jak już mówiłem, fizycznie za wiele nie zdziałasz, ale rodzącej kobiecie pomaga. Nie ma takiego widoku, który by mnie zniechęcił, żeby tam być. Zemdlejesz? Trudno, ważne, że jesteś. Po trzecie, jesteś ze swoim dzieckiem od początku, możesz przeciąć pępowinę, ponosić, po prostu być z nim od samego początku… Polecam.