Hajs się musi zgadzać…

Taaa… Musi. Szkoda, że nie mój. Minąłem się z powołaniem, wiecie jaki jest najlepszy biznes na świecie? Całe życie myślałem, że produkcja i handel bronią. Kupa. Wierutna bzdura…

Akcesoria i ubrania dla dzieci, wózki, smoczki, butelki, nosidełka itd… Tym powinienem się zajmować! Pławiłbym się teraz w złocie! Trudno, robię to, co robię, inaczej nie będzie. A płacić trzeba. Słono.

Wózek da się kupić za rozsądne pieniądze, na granicy trzech i czterech cyfr dostajesz gondolę, spacerówkę i nosidełko wpinane do samochodu w jednym. Są modele o wiele droższe, ale pod Carlosem jeszcze podwozie nie siadło, jest git. Z fotelikiem również nie było dramatu. Wysupłujesz coś koło tysiąca, full wypas, wszystkie atesty, rośnie razem z dzieckiem (ciekawe czy za Carlosem nadąży) i nie ma obawy, że Carlos wbije mi się zębami w plecy, gdy jakiś kot na drodze owinie się  wokół opony.

Czasem widywałem ludzi noszących swoje dzieci w nosidełkach. Albo kawał szmaty, albo specjalnie zrobione coś a’la uprząż. Niby dziecko ma kontakt z bazą (matką), więc czuje się lepiej i bezpieczniej. Nigdy nie zwracałem na to większej uwagi, nie każdy bezdzietny facet przed trzydziestką musi wlepiać gały w to, co kto nosi. Generalnie wiedziałem, że takie coś istnieje. I tyle. Do czasu… Nie chcę operować konkretnymi liczbami, statystykami, tabelami itd, ja nie Balcerowicz, ale szczęka łupnęła w parkiet. Kto chce niech sprawdzi ile kosztuje kawał szmaty ( na osłodę możesz sobie wzorek wybrać) z doszytymi paskami od plecaka… Ludzie, zaraz sobie chyba maszynę do szycia kupię, żonę do roboty zagonię i nic, odcinać kupony. Kiedyś wspomniałem o tym, że złowiłem w dziadowskim sklepie kozacki hamak dla Carlosa. Nie pamiętam ile kosztował, w każdym razie był tylko ten jeden, w dodatku nie mieli go w systemie, więc policzyli jako coś innego. Potem sprawdziłem, rzeczywista cena była jakieś 2-3 razy wyższa. Też kawałek szmaty. Tym razem ze sznurkami do powieszenia na suficie. Nie wiem czy teraz ryzykowałbym wywalenie kilku stów na ustrojstwo, co do którego nie mam pewności, czy Carlos nie będzie się darł jak tylko spróbuję go tam wcisnąć… Na szczęście całkiem mu się ów wynalazek podoba. Na zdrowie synu.

Z ubrankami jest jeszcze lepiej. Fajna koszulka czy bodziak (znowu kawałek szmaty) kosztuje tyle samo co koszulka dla mnie. Firmom parającym się handlem tego rodzaju zbytkami chyba nie robi różnicy, że z mojej koszulki można zrobić 2 koszulki, 2 body, czapkę i jeszcze na skarpety w rozmiarze Carlosa zostanie. Ceny butów też z grubsza pasują do cen dla dorosłych, z jedną różnicą. Ja w markowych butach trzasnę zacny przebieg. Carlos nawet nie potrafi jeszcze chodzić, aż tak mnie nie pogrzało, żeby do wózka czy fotelika lansować się w najeczkach czy innych adasiach. Kiedyś, wkrótce, nawet bardzo wkrótce, to się zmieni. Młody będzie chodził, biegał, skakał, oczywiście w butach. Oczywiście co chwila w nowych, bo rośnie….

Wracając do przykładu broni. Wiecie co ma żołnierz pod łóżkiem? Posprzątać. Stary musi młodego nakarmić, przewinąć, przebrać, wykąpać, pobawić się itd… I na każdym kroku łupią człowieka z kasy bez litości i skrupułów. Kochasz dziecko, chcesz by ładnie wyglądało, miało ładne zabawki, było bezpieczne, zdrowe, słowem, by niczego nie brakowało. Dlatego bulisz, przecież nie pożałujesz dziecku. Dlatego ceny są takie, a nie inne. Prawo rynku, psychologii, dżungli, buszu i czego tam jeszcze chcecie…

Bodziak

 

Krzyki wrzaski i płacz, czyli tutaj jestem!

Carlos jeszcze tydzień temu potrafił raczkować, ale wolał czołgać się jak żołnierz. Dziś jest już inaczej, śmiga jak mały samochodzik i wszędzie go pełno. Tak, wszędzie, serce rośnie, dziecko się rozwija, ale gdy tata jest w pracy, mama nie może zrobić absolutnie nic. Ty myjesz zęby w łazience, a Carlos wbija pod prysznic i BUM BUM BUM w szybę. Ogólna zasada jest taka, że gdy siedzimy w pokoju, Carlos siedzi w pokoju. Gdy jedno z nas wychodzi, Carlos też wychodzi. Widać wejście do pokoju to magiczny portal, po przekroczeniu którego rodzice stają się bardziej atrakcyjni. Idziesz do łazienki, zamykasz drzwi, mija 5 sekund… BUM BUM BUM w drzwi. Muszę przyznać, że junior wykręca coraz lepsze czasy na trasie dywan w pokoju- drzwi do łazienki. Jak już kiedyś wspomniałem, nie jestem pediatrą ani innym specjalistą. Moim skromnym zdaniem czasy lęku separacyjnego już minęły. Nie jest tak, że Carlos boi się zostać sam, on jest już duży, umie dotrzeć z punktu A do punktu B, więc jest kowalem własnego losu i NIE BĘDZIE siedział sam. Bo nie… Nie myślcie, że jak już zęby umyte, obiad zjedzony, nikt na siku się nie wybiera to jest tak łatwo i różowo. Ogólny schemat jest prosty. Mama siedzi z laptopem na kanapie, przy okazji ogląda jakieś programy typowe dla płci i wieku, a tata stuka w swoją klawiaturę przy biurku. Carlos z założenia siedzi na dywanie i bawi się zabawkami. Taaa… Pobożne życzenia. Zabawki się nudzą, zawsze  fajnie sterroryzować mamę krzykiem, to weźmie na kanapę. Wtedy można przejąć pilota, pozmieniać kanały, trochę ponadgryzać. Pilot poleciał szerokim łukiem na podłogę, wbijamy się całą masą i siłą mamie na kolana, gdzie trzyma komputer. BUM BUM BUM w klawiaturę, mama krzyczy, tata zabiera Carlosa na podłogę, Carlos krzyczy… Sielanka. Ktoś kiedyś twierdził, żeby unikać kontaktu wzrokowego z wrogiem, jest szansa, że nie zaatakuje. Mój syn widać nigdy o tym nie słyszał, bo udawanie, że go nie widzę w niczym mu nie przeszkadza, i tak przyjdzie. Wciska się pod mój fotel i krzyczy. Albo siedzi i krzyczy. Albo wspina się po mojej nodze i krzyczy. Dobra, zmiękłem, biorę go na kolana. Krzyczy z radości. Zwłaszcza na widok myszki, chyba mu się podoba. Tata przezornie wyłączył myszkę i klawiaturę, więc niech chwilę potrzyma. BUM BUM BUM o biurko, BUM o podłogę. Myszka z głowy. Jest jeszcze klawiatura, BUM BUM BUM, jaka ładna, BUM BUM BUM…

A co jest najlepsze? Jest sobota rano, pospać sobie mogą chyba studenci… Carlos już zaliczył śniadanie z mamą, pogonił kota, wywalił zabawki i chyba muszę kończyć, idzie do mnie… 

Zwierzaki

Jak to jest z tymi zwierzakami… Gdzie 3 Polaków, tam 4 opinie w danej sprawie. Nawet w tak ścisłym towarzystwie jak rodzice Carlosa zdania są podzielone. Jesteśmy zgodni co do tego, że zwierzę w domu nic złego, mamy kota, jest fajnie. Gorzej gdy zacznie się temat psa. Aktualne warunki nie bardzo pozwalają na posiadanie czegoś więcej niż kot, o czymś większym już w ogóle mogę zapomnieć, tylko dlatego żona sypia spokojnie. Marzy mi się duży pies, zawsze lubiłem, w domu rodzinnym też się zawsze coś kręciło i kręci pod nogami. Czym skorupka za młodu… Żona psa dostała już na studiach, wcześniej nic, a i teraz piesek mieszka z teściami… Piesek, nie pies, mi west highland white terrier, czy jak to tam się nazywa, bardziej wygląda jak nutria albinos niż pies. W każdym razie pieska Carlos widzi od święta, a tata cierpi. Chociaż może to nie jest jeszcze takie złe, ciekawe gdzie ja bym spał? Żona, dziecko, kot, jeszcze pies, a Ty śpij w samochodzie albo na podłodze, już bez psa nie jest łatwo uprosić kota, żeby się trochę przesunął łaskawie…

Dużym problemem ponoć są różne alergie i uczulenia, nie wiem, nie znam się. Żona jest uczulona na sierść, dlatego dostała terriera, one mają włosy, więc nie uczulają… Ciekawe co mają nutrie. Żeby nie było, że tylko ja chciałem zwierzaka, kot był pomysłem żony, nawet uprzedzałem, że z alergią może być problem. Okazało się, że jeśli nie jest to jakiś skrajny przypadek, odczulanie nie ma sensu, organizm się przyzwyczai. No i się przyzwyczaił. Ten argument więc dla mnie pada, masz alergię, ktoś w domu ma alergię, a dziecko chce pieska? Daj mu terriera, albo wyślij do znajomych mających zwierzaki na tydzień, jak się okaże, że alergia jest zbyt silna, przynajmniej odpoczniesz od krzyków. Zawsze coś.

Na posiadanie legwana, ptasznika czy innego egzotycznego zwierzaka nikogo nie namawiam. Osobiście lubię, ale nie wiem co musiałbym zrobić żeby żona się zgodziła na coś jadowitego w domu, poza tym nie wiem czy sam chcę teraz czegoś takiego… Można się wypierać do bólu, nie przyznawać się i gadać co się chce, gdy rodzi się dziecko myślenie się zmienia. Po co się stresować, że mały czymś rzuci, zbije szybę w terrarium i albo zostanie ukąszony, ugryziony, zjedzony, albo sam złapie pająka za łeb i rozmaże po ścianie… Wystarczy, że gdy kot znajdzie się wystarczająco blisko, nagle staje się szczuplejszy o dwie małe garstki sierści (to taka nowa jednostka miary).

Każdy myśli co chce, każdy ma do tego prawo, ale dla mnie posiadanie dziecka i czworonoga wcale się nie wyklucza, wręcz przeciwnie. Malec uczy się empatii (taką mam przynajmniej nadzieję), obchodzenia się ze zwierzętami, ma towarzystwo do zabawy, czasem dzielą wspólną miskę. Korzyści są obustronne, kot poznaje tajniki kamuflażu, survivalu, radzenia sobie ze stresem i wynajdowania niedostępnych kryjówek. Same plusy…

Na koniec serdeczne pozdrowienia dla wszystkich debili, idiotów i mongołów, którzy sami powinni robić za małpy w zoo i mieć absolutny zakaz zbliżania się do jakiegokolwiek zwierzęcia. Mowa o ludziach kupujących pieski, kotki, kucyki na komunię itd… Jeśli dajesz swojemu dziecko zwierzę, bądź odpowiedzialny. Nie jesteś? Nie liczysz się z tym, że pies pożyje 15 lat? Nie bierz w ogóle… Jeśli się znudziło po tygodniu, bo 5- letnie dziecko dłużej się raczej nie zainteresuje, nie  wyrzucaj zwierzaka, nie wywoź do lasu. Schroniska są pełne przez takich osłów, ale jeśli już musisz się pozbyć, lepiej oddaj zwierzę tam, przywiązane w lesie będzie umierało w męczarniach… Długo…

Nutria

Jak to jest być dużym…

Dziś dzień kąpieli. Od niedawna, czyli od momentu kiedy Carlos zaczął samodzielnie siadać, kąpiemy się inaczej. Idziemy pod prysznic, puszczamy wodę i jest fajnie. Wcześniej byliśmy skazani na wanienkę. Wyobraźcie sobie drużynę rugbystów wciśnięta w malucha, Carlos tak wygląda w wanience. Nie sztuka go do niej upchnąć, warto byłoby go przy okazji jeszcze umyć, co od zawsze jest obowiązkiem taty, czyli moim. Do i tak już przepełnionej wanienki wciskamy więc jeszcze tatusiowe, wcale nie najmniejsze dłonie i weź człowieku zrób cokolwiek… Słowem, miękko nie jest…

Jak każdy szanujący się duży chłop karmiony w najsłuszniejszy sposób, czyli cycem, Carlos nie mieści się w siatkach centylowych. Oczywiście nie wygląda na zmartwionego tym faktem, rośnie zdrowo i wesoło, a wszystkimi problemami wynikającymi z tego faktu niech się rodzice martwią, po to ich ma. Producenci nosidełek dla dzieci, pełniących również początkowo funkcję fotelika samochodowego wyszli chyba z tego samoego założenia, co producenci wanienek i innych rzeczy przeznaczonych dla MAŁYCH dzieci. Maksymalne obciążenie 10 kilo. I basta. Carlos osiągnął taką wagę gdy jeszcze nie marzyliśmy nawet o tym, żeby siedział. I co wtedy? Upychać go do nosidełka, czy masakrować kręgosłup fotelikiem dla dzieci, które już siedzą? Tak źle, tak nie dobrze, a na szczepienie jechać trzeba… 

Podobnie rzecz się ma z ubrankami. Koszulkę dla dziecka w jego wieku, sugerując się napisem na metce, naciągnę swojemu synowi najwyżej na udo… Do kupowania pod napis na metce nawet nie ma co podchodzić, miarka w dłoń i jedziemy. 

Bycie takim dużym chłopem ma jeszcze jeden wielki minus. Gdy jest Ci smutno i źle, a stary jest w pracy, nie ma komu ponosić na rączkach… Nawet jak się trafi jakaś ciocia, czy dziadek albo babcia, wszyscy puchną, a Carlos sam się nie ponosi…

Co do plusów… Cóż, jest ogromna szansa na to, że wyrośnie na zdrowego i silnego faceta, a to warte jest wypadniętego dysku mamy czy przepukliny taty…

...

Dzień Matki

Jakby ktoś nie wiedział, to dziś. Żeńska część domu się ekscytuje, bo to pierwszy Dzień Matki. Carlos się wykazał, wziął mamę na lody. Wycieczka się udała, wszyscy byli szczęśliwi, junior nawet lubi się przespać w czasie jazdy, więc kolejny plus dodatni. Do plusów ujemnych można zaliczyć tylko to, że władowaliśmy się w paskudne korki i deszcz w drodze do domu. Jazda 3 km/h to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej, z Carlosami jest jeszcze gorzej.

Gdy byłem mały, lubiłem porozrabiać. Kiedyś było tak, że gdy ktoś miał imieniny, to jak małe wesele, balanga na bogato. Na jednej z takich imprez gdzieś u kogoś musiałem przejść sam siebie, bo jedna z ciotek dorwała mnie gdzieś w kącie i pyta, czy ja w domu też tak u mamusi rozrabiam. Rzuciłem lakonicznie ” ja dla mamusi jestem grzeczny.” i na tym się rozmowa skończyła. Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Nie raz chcieli mnie wyrzucić ze szkoły, miałem zatargi z księdzem na religii, a to się winko z kolegami nad rzeką wychyliło, szlugi jarało… Słowem, nigdy sobie nie żałowałem, ale dla mamusi… Zawsze byłem grzeczny. Tego też z całego serca swojemu synowi życzę…

Młyn…

Młyn dopada każdego… Zakupy, robota, rocznica ślubu, pobawić się trzeba, non stop łeb na kwadratowo, nawet nie ma kiedy w klawiaturę postukać… 

A propos zakupów, jeśli starsza pani przy kasie w supermarkecie podrywa mi syna, jest ok. Chwali, że duży, że już ma zęby, miło, a Carlos ma chwilę żeby pogadać z kimś inny niż stary… Ale jak go pakuję do samochodu pod blokiem, a jakiś rupieć mi jedzie z balkonu, że cośtam mu na chwilę dałem, żeby w spokoju poczekał aż go przypnę, a ona to widziała i dziecko się na pewno tym udławi to mnie krew zalewa… A siedź babo i się gap na wszystko, ale w MOJE dziecko się nie wcinaj. Nie oddam! Podobna sytuacja przy wejściu do marketu, Carlos przytulony do mamy w nosidełku, ciepło, słońce, a jakieś babsko do żony, że główka goła bla bla bla… Ludzie wychowaliście swoje dzieci? Innym też dajcie. Jestem przekonany, że każdy starszy ode mnie o 10 lat i więcej na pewno był idealnym ojcem/ matką, nigdy nie popełnił błędu, do tego ma doktorat z pedagogiki i psychologii a poza tym poczucie misji w uświadamianiu młodych debili, którzy dziecko zrobili przez przypadek, na dodatek nie wychowują go, ani się nim nie opiekują od prawie roku, tylko dostali je odchowane w prezencie wczoraj… Dziś natknąłem się na którejś ze stron z memami na wpis jakiejś cizi (sorry, innego słowa nie będącego ciężkim wulgaryzmem nie potrafię odszukać w swym skąpym słowniku). Dziewczę traktowało coś o prezentach dla dziecka, które ma ponoć skończyć dwa latka. Wszystko rozumiem, ale padł jakiś tekst o konkretnych prezentach, ona nie wie co, bo dziecko na roczek dostało tablet… ŁAAAAAT? WAS?! Tablet… Chyba do ślinienia, gryzienia i rzucania w pusty sagan tępej matki… Mają ludzie rozmach… Ja myślałem, że wpadłem na fajny pomysł, ale raczej symbolicznie, a nie po to, żeby udawać, ile to ja nie mam chajsu na wywalenie w piaskownicę…

Chodzi o to, że w dniu, w którym Carlos zamieszkał z nami, a miał wtedy całe 2 dni, kupiłem mu flaszkę. Tak flaszkę. 18- letnią szkocką, którą dostanie na 18 urodziny. W pudełko nawet wrzuciłem paragon, wbrew zwyczajom, żeby mój syn miał ciekawostkę ile w czasach ojca kosztowała gorzała. O ile tusz na paragonie wytrzyma…  

Cisza…

Nadszedł ten moment… Cisza… Dopiero teraz rozumiem swoją mamę, gdy mówiła o błogim spokoju, gdy dzieciarnia idzie spać. Nareszcie słyszę własne myśli. Nie muszę biegać, bo mały żołnierz wyczołgał się do przedpokoju i próbuje przepchnąć wózek do łazienki, po drodze koła też można wylizać, a jak… Na odgłosy rzucanych zabawek, tłuczenia jedną o drugą, kopania w meble itd. już nawet nikt nie zwraca uwagi… Okrzyk radości na widok kota jest taki, że tylko wyglądać jakiejś opieki społecznej, bo dziecko ze skóry obdzierają, też jakoś spowszedniał… Najgorsze jest to, że ja wszystko muszę zrobić teraz. Nie ważne, że ledwo nauczył się samodzielnie i stabilnie siedzieć, już trzeba próbować włazić na stół, nie wychodzi? Krzyk… Nie udało się wdrapać tacie na kolana? Krzyk… A przy okazji klawiatura taka ładna, tyle rzeczy do wciśnięcia, krzyk… Jeśli to karma, to na kolana i do Częstochowy, że mnie rodzona matka ze skały nie zrzuciła… Musiałem być grzecznym dzieckiem…

Co w tym wszystkim jest najlepsze? Mi to w ogóle nie przeszkadza… No dobra, bywa, że uszy więdną. Czasem każdy ma dość wrzasków i noszenia na rękach, bo słabszy dzień i potrzeba więcej uwagi. To wszystko są jakieś pierdoły. Najważniejsze jest to, że wracasz człowieku z roboty, zjechany jak Bronek po kampanii, a to małe coś spojrzy na Ciebie, wyszczerzy te dwa przecinaki i jest git… 

Męskie zabawki

Z utęsknieniem czekam na moment, kiedy Carlos będzie na tyle duży, że dostanie pierwsze klocki. Nie ma piękniejszego uczucia niż wstać rano, przeciągnąć się i wleźć na to draństwo… Póki co mamy do dyspozycji milion wszelkiej maści grzechotek, gryzaczków, maskotek i innego czegoś, co trudno jakkolwiek nazwać. Dziecko się rozwija, zaczyna interesować otaczającym światem, sielanka… Tyle o teorii.

W praktyce o zabawkach możecie zapomnieć. Jedyne, co juniora kręci w koszyczku z zabawkami jest sam koszyk. Wywalamy wszystko na podłogę i bawimy się koszykiem. Przez 2 minuty. 8-miesięczne dziecko potrafi się już jako-tako poruszać, więc wyruszamy na łowy. Jeśli masz książki w domu, biblioteczkę, stolik pod telewizor, a na nim jakieś szpargały, czas na ewakuację. Powiedzmy, że chwilowo wystarczy zabrać wszystko z półek na 60cm od podłogi. Chwilowo, Carlos zaczyna się powoli wspinać wyżej, że nie wspomnę o tym, co się będzie działo gdy zacznie chodzić. Wszystko fruwa… Jeszcze tydzień temu pilot od telewizora mógł sobie bezpiecznie leżeć na kanapie, dziś ma już konkretne ślady po zębach…

Świat jest taki wielki, dlaczego więc mamy się ograniczać do jednego pokoju? Idziemy dalej. Wychodzimy do przedpokoju, gniazdko! Jakie ładne! Ciekawe czy da się je wyrwać ze ściany… Albo przynajmniej palec włożyć… Jedyne, co rokuje nadzieję na 3 minuty spokoju to zegarek taty, jest nadzieja, że telefon da radę, ale też nie zawsze. Odkryliśmy przecież, że w kuchni  jest równie  ładnie. Kotek ma takie ładne miseczki z wodą i karmą. Fajnie byłoby coś rozchlapać, a jeszcze lepiej pochrupać… Tata z niecierpliwością czeka, aż Carlos odkryje gdzie jest kuweta… Od mniej więcej tygodnia budzę się z myślą, że to ostatni dzwonek, trzeba się przygotować na apokalipsę pt. „Carlos zaczyna chodzić”. Ciekawe czy wystarczy obić wszystkie stoły, szafki, ściany i podłogi gąbką? Może uda mi się wyczaić strój do rugby w rozmiarze juniora… Przemyślę jeszcze przeniesienie wszystkich gniazdek elektrycznych gdzieś wyżej, na sufit najlepiej…

Wiosna

Wiosna idzie, albo już nawet przyszła… Obiecałem ciąg dalszy wywodu na temat upałów w połączeniu z zaawansowaną ciążą, ale sobie daruję. Przynajmniej większość wywodu, bo nie byłbym sobą, gdybym nie pojechał. Szanowni rówieśnicy! Głównie panowie, ale dziewczyny też chyba trochę mogłyby się ogarnąć. To, że zapuścisz turbo brodę z 5 włosów w 3 rzędach, nie czyni Cię facetem. To, że nosisz spodnie, które sugerują konkretnie już przepełnioną pieluchę tym bardziej. Kim więc jesteś młodzieńcze siedzący w autobusie gdy kobieta w ciąży musi stać? Zdarzało się, że małżonka musiała gdzieś na chwilę wyskoczyć, samochodem w szczycie nie pójdzie, mnie nie ma w domu, cóż, trzeba tyrać… Co słyszę po powrocie do domu? Ano opowieści o „szlachcie” rozpartej wygodnie i bawiącej własną białogłowę inteligentną konwersacją, a Ty stój dziewczyno z tym brzuchem, nie ja dźwigam… Najzabawniejsze jest to, że po złapaniu przypadkowo kontaktu wzrokowego szanowny dziedzic odwraca twarz w okno, nagle kraśniejąc. Opalenizna przez szybę tak szybko wchodzi…

Dość o tym, wiosna za oknem, ciepło… No właśnie, ciepło. Jeśli czyta to ktokolwiek, kto ma lub planuje posiadanie małego człowieczka, człowieku: sam się przykryj tymi wszystkimi betami, owiń jeszcze kocem od babci, wpakuj tyłek w wózek i idź na słońce… Żal patrzeć na te wszystkie 6- 9- 12- miesięczne dzieci wyglądające jak baranina na cienkim w ostrym sosie. Może jestem dziwny, tej zimy wyszedłem w kurtce 2 (słownie DWA) razy z domu, ale wiem, co mówię… Rozumiem wszystko, dziecko nie ma takiej termoregulacji jak my, powinno mieć jedną warstwę na sobie więcej niż dorośli, ale jedna czy dwie warstwy to nie pięć. Przerabiałem to. Carlos przyszedł na świat pod koniec lata gdy jeszcze dobrze grzało, noworodek- warstwa, pierwsze dziecko- warstwa, jesień idzie- warstwa, a za mamusię- warstwa itd… Mój syn wyglądał jak cebula. Popełniłem błąd, wiem jak to jest kiedy grzeje nie tam gdzie trzeba, a tam pielucha jeszcze… Synu, wybacz…  

Jak wspomniałem, jest to moje pierwsze i na razie jedyne dziecko, nie jestem pediatrą, położną, znachorem ani innym dr. Housem, więc można mi zarzucić, że się nie znam, ale jak widzisz, że Twoje dziecko od potówek wygląda jak muchomor, albo w wózku krzyczy żeby włączyć termoobieg, odpuść… 

A zimą nie przycinaj brody suwakiem.

Bez validolu nie nada, czyli żona w ciąży…

Cofnijmy się nieco w czasie, rok, może trochę mniej. Carlos zjawił się we wrześniu, więc najcięższy okres ciąży zbiegł się w czasie z najcięższymi do zniesienia temperaturami. Miękko nie było…

Na dobry początek jedziemy do sklepu, jeden z większych molochów z meblami. Ostrzegłbym Was, ale nazwy nie wspomnę… W planach nowa kanapa i stolik do kawy i chyba jeszcze jakieś bzdety. W sumie nic strasznie wielkiego, ku mojemu bezgranicznemu zadowoleniu z wyborem wszystkich klamotów wyrobiliśmy się w pół dnia. Przy okazji wyhaczyłem kozacki hamak dla Carlosa, musieli pół ekspozycji rozbierać, bo jedyny w caaałym wielkim sklepie, a do tego nie mieli tego nawet w systemie, więc poszło w cenie jakiejś szmatki czy innego badziewia. Jest git.

W tym momencie historia powinna się skończyć, żyli długo i szczęśliwie… Ale nie, tu je Polska, tu się cierpi…

Zabawa zaczyna się w momencie gdy chcesz to wszystko sfinalizować. Nie pamiętam dokładnie całej procedury, ale z pierwszym lotem na Księżyc się tak nie ciapciali.

Każda rzecz do zamówienia w innym dziale. Zbierasz te świstki, na koniec lecisz z tym do kasy. Płacisz, szukasz magazynu. Jest gdzieśtam, zupełnie w innym miejscu, niż na początku mówili (żona w ciąży, brzuch już konkret, niech pobiega dla zdrowotności). Jak już się doczłapiesz do magazynu, czekasz pewnie z pół godziny aż ktoś to polecenie wydania w ogóle obejrzy i kolejne dwa kwadransiki aż coś z tym zrobi. Ufff, nawet paleciaka dali na stolik, siedzi w bagażniku. Jest nadzieja, że na kolację do domu zdążymy, o obiedzie nie marzę, okazało się bowiem, że magazyny są dwa! Spoko, 30 stopni w cieniu, lubimy pobiegać w taką pogodę, żebym wiedział, to by w domu została, a nie po sklepach łazić...

Drugi magazyn jest jeszcze ciekawszy, stoisz na jakiejś klatce schodowej, przy kanciapie ciecia, on po kogoś dzwoni, jeszcze godzinka i hamak masz w rękach, ich szczęście, że akurat tam poszedłem sam.  To już prawie koniec biegania, ale dopiero początek nerwa.

Musimy wracać do sklepu załatwić transport na kanapę (jakże żałuję, że nie mamy jakiegoś lublina czy innego żuka na takie okoliczności, jeszcze by sobie człowiek ziemniaków na zimę nawiózł, a nie w biedrze kupował). Jak transport, to z fakturą w zębach do kas, a jak. Żeby było zabawniej, sklep tak sobie cwaniaczki urządzili, że kasy są przy samym wejściu, ale są też bramki, więc mimo to, zasuwaj człowieku hektar dookoła, żeby pieczątkę przybili. Przy pierwszym podejściu był całkiem spoko ochroniarz, zobaczył młodą dziewczynę w ciąży, uchylił bramkę, weszliśmy. Miło. Podejście drugie, stoi taki wsiowy cieć, pod pachę by mi wszedł, a namydlony pod włos jak szanujący się wiejski wyrywacz lachonów 10 lat temu. My nieśmiało, ale jednoznacznie suniemy do bramek, w końcu żona w ciąży, nie? STOP! Chcielibyście, podstępne robaki. Tędy się nie przechodzi, won dookoła! Nie wiem, czy guma do żucia jest na wyposażeniu tak samo jak słuchawka (kontakt z bazą) i kołki się nią wymieniają co zmianę (dla nadania powagi), czy każdy ma swoją. W każdym razie stoi koleś z nadętą miną, napuszony jakby co najmniej w BORze służył, z gumą w ustach i Ci coś sepleni aż się opluł. Mówię, żona w ciąży, upał, gorąco, latamy pół dnia jak ogary, odpuść człowieku, ni chu chu… Wtedy coś we mnie pękło… Dobrze, że żona za rękę złapała, o dziecku człowiek pomyślał, lepiej nie robić sobie problemów… Pamiętajcie, gdyby przyszło kiedyś komuś do głowy kupować meble w Warszawie:

a: nie zabierajcie żony w ciąży

b: jedźcie na zakupy tirem

c: ochroniarza żującego gumę stojącego w kałuży własnej śliny, z miejsca walcie w łeb, albo omijajcie szerokim łukiem…

P.S. Sprawa brzucha wprost proporcjonalnego do temperatury na zewnątrz jest głębsza i dłuższa niż epizod z cieciem, więc ciąg dalszy nastąpi…